Szukaj
  • Jan Młynarczyk

Czy urzędy mogą komunikować się prostym językiem? Tak, a tę zmianę trzeba zacząć od języka ustaw.

Załatwianie spraw administracyjnych to nieodłączny i konieczny element codzienności każdego obywatela. Jednak wiele osób niechętnie podchodzi do tego typu obowiązków i stara się omijać wszelkie urzędy szerokim łukiem. Z czego wynika ten stan rzeczy? Jednym z powodów jest nieprzystępny język, którym posługują się instytucje publiczne w komunikacji z obywatelami.


Każdy, kto choć raz w swoim życiu miał przed oczami pismo urzędowe, doskonale wie, jak zagmatwanym słownictwem i składnią mają zwyczaj posługiwać się autorzy takich dokumentów. Efektem są liczne nieporozumienia, które prowadzą do frustrujących opóźnień w całym procesie administracyjnym oraz marnotrawienia czasu i energii obu stron. Niezrozumienie przez osobę czytającą polecenia zawartego w piśmie wiąże się często z koniecznością ponownej wycieczki do urzędu. Z kolei urzędnik musi drugi raz zająć się tą samą sprawą. To natomiast powoduje wydłużające się kolejki, rosnące koszta i tak dalej – wyraźnie widać tu samonapędzającą się spiralę problemów.

Niezrozumienie przez osobę czytającą polecenia zawartego w piśmie wiąże się często z koniecznością ponownej wycieczki do urzędu. Z kolei urzędnik musi drugi raz zająć się tą samą sprawą. To natomiast powoduje wydłużające się kolejki, rosnące koszta i tak dalej – wyraźnie widać tu samonapędzającą się spiralę problemów.

Na tę kwestię zwrócił uwagę szef polskiej Służby Cywilnej, Dobrosław Dowiat-Urbański, który powołał w 2019 roku zespół ds. promocji prostego języka w urzędach administracji rządowej. Grupa ta, składająca się z przedstawicieli Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, urzędów centralnych i wojewódzkich oraz ministerstw, wydała niedawno zalecenie, by „członkowie korpusu służby cywilnej myśleli o odbiorcy, do którego kierują swój tekst – jego potrzebach i kompetencjach językowych”. Czy taka rekomendacja wystarczy, aby zniknęła potrzeba zwracania się do znajomego prawnika z prośbą o analizę każdego bardziej skomplikowanego pisma urzędowego? Jest to z pewnością dobry początek, jednak bez systemowego podejścia do tematu i przeszkolenia urzędników w celu poprawy sposobu komunikacji trudno będzie mówić o przełomie. Ponadto kwestia korespondencji z instytucjami państwowymi to tylko wierzchołek góry lodowej.


Problem leży bowiem już u źródła norm regulujących nasze funkcjonowanie w ramach państwa, czyli w prawie. Ustawy, uchwały czy rozporządzenia nie tylko posługują się nieprzystępnym językiem, ale często też bywają niekonsekwentne w swojej treści. Jest to tym bardziej widoczne w chaotycznych czasach pandemii. Ustawy są obecnie tworzone i wchodzą w życie w zawrotnym tempie, często nie pozwalając za nimi nadążyć nie tylko zainteresowanym obywatelom, ale też samym prawodawcom. Efektem jest prawo tworzone w sposób nietransparentny i niedokładny. Rodzi się pytanie, czy państwo powinno oczekiwać od obywatela zastosowania się do przepisu, którego ten nie rozumie. Być może warto poświęcić chwilę, by podpatrzeć, jak do tego problemu podchodzi się w innych krajach.


W Wielkiej Brytanii system prawny zachowuje ciągłość od setek lat, a zasady nim rządzące są stopniowo rozwijane i doskonalone. Pozwala na to system precedensowy, w którym decyzje sądów są jednym ze źródeł prawa obok ustaw. Jedną z podstawowych doktryn prawa brytyjskiego jest „plain meaning rule” („reguła prostego znaczenia”) sformułowana już w połowie XIX wieku. Polega ona na tym, że sądy są zobowiązane do interpretowania ustaw przez pryzmat zwykłego znaczenia zawartych w nich słów – czyli tak, jak interpretowałby je przeciętny obywatel bez eksperckiej wiedzy prawniczej. To z kolei zmusza autorów legislacji do precyzyjnego wyrażania swoich zamysłów w zrozumiały sposób, jeżeli chcą, by sądy interpretowały tworzone przez nich prawo zgodnie z ich intencjami.

Jedną z podstawowych doktryn prawa brytyjskiego jest „plain meaning rule” („reguła prostego znaczenia”) sformułowana już w połowie XIX wieku. Polega ona na tym, że sądy są zobowiązane do interpretowania ustaw przez pryzmat zwykłego znaczenia zawartych w nich słów – czyli tak, jak interpretowałby je przeciętny obywatel bez eksperckiej wiedzy prawniczej.

Ale co z samymi decyzjami sądowymi, które przecież również są źródłami obowiązujących norm prawnych? Tu sprawa ma się nieco gorzej, gdyż nierzadko sędziowie upatrują w pisaniu swoich wyroków świetną okazję do popisów literackich. Jednak przykładem godnym naśladowania jest z pewnością postać Lady Hale, byłej prezeski Sądu Najwyższego Wielkiej Brytanii, która podczas swojej długiej kariery w sądownictwie starała się wydawać wyroki w języku przyjaznym dla obywatela. Wyznawała ona bowiem zasadę, że to prawo jest dla człowieka, a nie człowiek dla prawa. Nie ulega wątpliwości, że przyjęcie takich dobrych praktyk wypracowanych w innych jurysdykcjach mogłoby przynieść wymierne korzyści także w Polsce. Prawo pisane prostym i przystępnym językiem nie tylko ułatwiłoby codzienne funkcjonowanie w systemie prawnym obywatelom, organizacjom pozarządowym czy przedsiębiorstwom, ale również bardziej zrozumiałe normy prawne mogłyby łatwiej uzyskać akceptację i posłuch w społeczeństwie. Uproszczenie języka prawa w znacznym stopniu ułatwiłoby także edukację obywatelską młodych członków społeczeństwa.


Transparentność języka, którego używa aparat państwowy w komunikacji obywatelami – czy to za pośrednictwem ustaw, czy pism urzędowych – to jeden z fundamentów sprawiedliwego państwa. Równość wobec prawa oznacza bowiem nie tylko to, że nikt w państwie nie stoi ponad prawem, ale również, że prawo to jest dostępne i zrozumiałe w równym stopniu dla wszystkich.

136 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie